Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lipca 2012

Okropne nakrętki Avon czyli żel głęboko oczyszczający Clearskin

Kochane, przepraszam Was bardzo za tak długą nieobecność. Na swoje usprawiedliwienie mam, poza tym co pisałam ostatnio, to, ze uczyłam się na kolejny już egzamin doktorski, tym razem z filozofii nauki. Egzamin odbył się w czwartek i poszedł całkiem nieźle.

Z kolei dzisiaj obroniła pracę magisterską moja pierwsza podopieczna. Co prawda nie byłam jej promotorką (bo jeszcze nie mogę), ale tak na prawdę to ja z nią pracowałam. Także jestem bardzo szczęśliwa. Dostałam ślicznego storczyka i bardzo miłe słowo.

A kosmetycznie przychodzę dziś do Was się trochę poskarżyć. Zirytował mnie ostatnio jeden z produktów Avon. Chodzi o żel głęboko oczyszczający z mikrodrobinkami z serii Clearskin. Zaprezentuję Wam jego recenzję, a na końcu powiem, co mnie tak wkurzyło.



POJEMNOŚĆ: 125 ml
WYPRODUKOWANO: w Polsce
DOSTĘPNOŚĆ: konsultantki Avon
CENA: ok 14 zł (w promocji obecnie 10,49 zł)
WAŻNY: 12 miesięcy po otwarciu
OPIS PRODUCENTA:


OPAKOWANIE:
O tym może będzie na końcu. Tu nadmienię tylko, że jest to nieprzezroczysta, biała, plastikowa tubka, z plastikową nakrętką.

SKŁAD:


SLES na pierwszym miejscu. Poza tym ekstrakt z oczaru i eukaliptusa prawie na samym końcu. No i parabeny. Szału nie ma.

ZAPACH:

Typowy dla tego typu kosmetyków. Świeży, niezbyt nachalny. Ogólnie przyjemny.

KONSYSTENCJA:


Konsystencja żelu jest raczej rzadka. Ma on zawierać mikrogranulki. No właśnie. Udało mi się pierwszą znaleźć dopiero w trzeciej porcji żelu. Na początku myślałam, że są tak mikro, że ich nie widać. Ale jest ich po prostu mikroskopijnie mało. Do tego znikają w mgnieniu oka. W porównaniu z żelem z BeBeauty z Biedronki wypada żenująco słabo. Pieni się kiepsko. Dopiero po nałożeniu go na specjalną gumową szczoteczkę uzyskujemy jako taką pianę.Szczoteczkę zakupiłam razem z żelem - pisałam o tym TU.




DZIAŁANIE:

Jak dla mnie bardzo przeciętny kosmetyk. Nie zauważyłam jakiegoś rewelacyjnego oczyszczania. Ani też pielęgnacji. Skóra po nim jest za to lekko ściągnięta i wysuszona. Za tą cenę spodziewałam się lepszego produktu.

A teraz o tym co mnie zirytowało najbardziej. I żeby było jasne przytrafiło mi się to już drugi raz w kosmetykach Avon. Otóż zakręcając tubkę (wcale nie mocno, bo butelki mi musi mąż otwierać, więc nie mam jakiejś nadludzkiej siły) ułamało się to co wchodzi na gwint tubki. Dzięki czemu nie ma możliwości jej zakręcenia. dokładnie to samo przytrafiło mi się z kremem do rąk. Dzięki temu tubka leży niezakręcona. Miało to pozytywny wpływ na konsystencję żelu, bo już nie jest taki wodnisty, ale ogólnie to nie sprzyja to przechowywaniu kosmetyków. Uważam, że w kosmetykach z tej półki cenowej nie powinno się coś takiego przytrafiać. Wiem, że to nie są drogie produkty, ale z drugiej strony to nie kosztują 2-3 zł, jak np. niektóre w Biedronce, które swoją drogą nigdy mi się tak nie uszkadzały.



OGÓLNA OCENA:

Niestety raczej negatywna. Poza opakowaniem ten żel jest po prostu średni. W tej cenie jest wiele lepszych produktów, nie mówiąc już o tańszym i lepszym żelu z mikrogranulkami z BeBeauty.


Czy kupię ponownie? Zdecydowanie nie.

niedziela, 13 maja 2012

AVON Mus do ciała różano-brzoskwiniowy

Właśnie wrzuciłam opakowanie do kartonika denko, więc to najlepszy moment na recenzję. Dziś na taśmę idzie AVON Naturals -Nawilżający mus do ciała różano-brzoskwiniowy. Do zakupu zachęciła mnie Wera swoją pozytywną opinią.


POJEMNOŚĆ: 200 ml
WYPRODUKOWANO: w Polsce
DOSTĘPNOŚĆ: katalog Avon
CENA:  około 10 zł (zależnie od promocji
OPIS PRODUCENTA: Linia Naturals poszerzyła się o świąteczne musy do ciała oparte na bazie naturalnych składników. Kremowe balsamy o puszystej konsystencji nie tylko odpowiednio zadbają o skórę, odpowiadając na jej potrzeby, ale również dostarczą zmysłom przyjemności. Produkty dogłębnie nawilżą i zrewitalizują zmęczoną skórę, a także poprawią jej kondycję. Po zastosowaniu skóra będzie miękka, gładka i ukojona. Nawilżające właściwości i piękne zapachy musy zawdzięczają swoim delikatnym formułom opartym na bazie naturalnych składników. Musy otulą ciało kuszącymi aromatami pełnymi słodyczy.

OPAKOWANIE:


Produkt otrzymujemy zapakowany w białe, plastikowe, okrągłe pudełko. Jest ono zakręcane i szczelne. Bardzo wygodne w użytkowaniu. Jednak spory minus za brak jakiegokolwiek zabezpieczenia. Na dnie znajdują się informacje o produkcie, w tym skład.

 

SKŁAD:


Wydaje mi się, ze nie ma ani szału, ani tragedii. Są parabeny, ale jest też masło shea. Ot, taki zwyklak powiedziałabym.

KONSYSTENCJA:


I tu, proszę drogich Pań, zaczyna się esencja całej recenzji. Otóż wydawało mi się, że ta nazwa mus to będzie jedna wielka ściema (mówiąc kolokwialnie). Pic na wodę, fotomontaż. No bo jaki mus? Balsam będzie zwykły i tyle. Ale gdy otworzyłam opakowanie byłam bardzo zaskoczona. Bo to na przypominało właśnie mus. Zdjęcia tego nie oddają, ale produkt ten jest w bardzo lekkiej, perłowej i puszystej konsystencji. Bardzo dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Jestem tym zauroczona całkowicie.


ZAPACH:

Tym razem także sobie myślałam co to za połączenie - róża i brzoskwinia? Uznałam, że pewnie będzie różany, a brzoskwinia po to, żeby nazwa była dłuższa. Jednakże on na prawdę pachnie i różą i brzoskwinią i o dziwo! ten zapach mi bardzo przypadł do gustu. Do tego utrzymuje się całkiem długo na skórze.

DZIAŁANIE:

Muszę powiedzieć, że produkt całkiem nieźle sobie radzi. Może nie nawilża jakoś super, ale jak na taką konsystencję bardzo dobrze. Jest świetny, gdy się spieszymy i chcemy szybko nasmarować ciało i od razu ubrać ciuchy bez ryzyka pozostawienia na nich resztek niewchłoniętego balsamu. Wchłania się tak szybko, że właściwie od razu można się ubierać. Nie umiem powiedzieć czy powoduje jakieś skutki uboczne, gdyż używałam go na przemian z dwoma innymi (lubię odmianę).


OPINIA OGÓLNA:

Uważam, że jest to bardzo dobry produkt w niezbyt wysokiej cenie. Polecam spróbować. U mnie się sprawdził. Z przykrością się z nim pożegnałam.

Czy kupię ponownie? Jeżeli będzie w promocji to na pewno :)

wtorek, 1 maja 2012

Wymianki, przesyłki i zakupy :)

Z tą notką czekałam na ostatnią paczuszkę, która dotarła do mnie dziś popołudniu. Ostatnio miałam przyjemność wygrać dwa konkursy Garniera, w których można było uzyskać produkty do przetestowania - dezodorant (w kulce lub sprayu) oraz mus do ciała. Byłam bardzo mile zaskoczona, gdy okazało się, że wygrałam. Produkty są już u mnie i czekają na swoją kolej w testowaniu :)


Poza tym ostatnio dokonałam wymianki z dwiema bardzo fajnymi blogerkami - Werą z http://zakreconyswiatwery.blogspot.com/ oraz KiziąMizią z http://kizia-miziaa.blogspot.com/. Polecam Wam ich blogi, bo bardzo lubię je czytać. Zobaczcie co mi przysłały:

Przesyłka od Wery :)

Przesyłka od KiziMizi :) Uwielbiam Twój nick ;)
Bardzo serdecznie Wam Dziewczyny dziękuję :)

Poza tym zrobiłam ostatnio małe zamówienie z Avon. Kupiłam dwa mini kremiki - wersję na dzień i na noc, a także dwie maseczki. Próbowałam już wszystkich pozostałych, więc postanowiłam wypróbować także te :)


Życzę Wam jutro dużo leniuchowania i przede wszystkim sporo słońca :)

niedziela, 26 lutego 2012

Lawendowa maska do stóp Avon

Ostatnio ciężko mi się zmobilizować do pisania postów, bo albo mam dużo do poczytania u Was albo po prostu nie mam czasu. Postanowiłam jednak, że się poprawię. Co prawda mam internet tylko do środy :/ Ale postaram się nie robić już tak długich przerw. 

Dziś mam dzień błotny. Umyłam włosy szamponem błotnym Bielenda, na twarz nałożyłam maseczkę błotną Avon - mój mąż to skomentował: O, byłabyś niewidzialna dla Predatora :) Kocham go. Przyszedł czas na recenzję lawendowej maseczki do stóp Avon, którą nazywam błotkiem, bo trochę takowe przypomina.


POJEMNOŚĆ: 75 ml
WYPRODUKOWANO: w Anglii
DOSTĘPNOŚĆ: konsultantki Avon
CENA:  14 zł - w najnowszym katalogu, ale ja kupiłam ją dużo taniej (tyle, że już dawno temu).


OPIS PRODUCENTA:
Lawendowa maseczka do stóp z glinką - zapewnia skórze komfort i świeżość, złuszczając suchy, stwardniały naskórek.

MOJA OPINIA: 
Maseczka znajduje się w dosyć standardowym opakowaniu z nakrętką. Jak dla mnie w porządku. Wygodnie się użytkuje, nie zauważyłam problemów.

 

Na opakowaniu jest napisane, aby nałożyć maseczkę na stopy i łydki. Ja nakładam tylko na stopy. Ogólnie problem polega na tym, iż trzeba dać jej wyschnąć. A jak coś mamy na całych stopach, to nogi powinny być w powietrzu - także to jest dosyć problematyczne. Wysycha dosyć powoli - w zależności od grubości warstwy. Chyba najbardziej irytuje mnie właśnie to czekanie w niezbyt wygodnej pozycji z wiszącymi stopami.

 

Co do składu to jak widać najlepiej nie jest. Znajdziemy tu i SLSy i parabeny. A i ekstrakt z lawendy nie jest jakoś szczególnie wysoko.


 Konsystencja maseczki jest dosyć gęsta, ale nie aż tak jakbym się spodziewała. Takie troszkę błotko.


Sama w sobie jest koloru sino-szarego. Jednakże podczas zasychania zmienia barwę na fioletową. Można to zobaczyć na opakowaniu. Przepraszam, że jest takie upaćkane, ale trudno z tą maseczką utrzymać idealny porządek, a poza tym chciałam Wam pokazać te zmiany barwy. Na opakowaniu widać też kolor turkusowy, ale nie zauważyłam, aby na stopach też taki się pojawiał. Po rozsmarowaniu odczuwa się niewielkie grudki. Ogólnie dobrze się rozprowadza i nigdy nie miałam z tym problemu. Zapach jest także przyjemny, ale nie przypomina mi lawendy.


Producent deklaruje, że ma to być maseczka złuszczająca. Kupując ją chciałam po prostu wypróbować czegoś nowego, ale niezbyt wierzyłam w takie zapewnienia. I muszę przyznać, że byłam zaskoczona. Po jej zastosowaniu stopy są mięciutkie i gładkie. Lepsze niż po peelingu. Nie mam dużego doświadczenia w takich produktach, ale używałam ją na stopy niepeelingowane przez długi czas i mocno wysuszone. Odstrasza mnie jedynie to czekanie w niewygodnej pozycji. Poza tym bardzo ja lubię. O wydajności ciężko mi mówić, bo nie używam jej zbyt często, ale mam ją już dosyć długo.

ZALETY:
+ działanie wygładzające i zmiękczające (dałabym nawet dwa plusy za to)
+ wygodne opakowanie
WADY:
- konieczność czekania do zaschnięcia
- brudzimy wszystko czego dotkną nasze stopy

Próbowałyście? 

PS. Skorzystałam z porad "zdjęciowych" Doroty (Dziękuję!). Jestem ciekawa czy choć trochę lepiej to wygląda.

piątek, 17 lutego 2012

Lutowe zakupy

Trochę się tego nazbierało. Do posta skłonił mnie dziś odebrany Avon.


Zawsze chciałam wypróbować maseczki z Planet Spa, ale kupowanie pełnych wersji wydawało się bez sensu. W ostatnim katalogu pojawiły się wersje mini w dosyć korzystnej cenie (12x5ml za 19,90 zł), więc postanowiłam skorzystać. Mamy po cztery sztuki z trzech rodzajów.


Poza tym kupiłam też żel do oczyszczania twarzy z serii Clearskin Pore penetrating. Mam też maseczkę z tej serii, więc uznałam, że może komplet zadziała lepiej. W zestawie była też taka oto myjka. Jest bardzo giętka i mięciutka. Dziś jej debiut. Ciekawe jak się będzie sprawowała.


Sam żel ma konsystencję raczej rzadką. Pachnie tak samo jak maseczka. Świeżo i przyjemnie. Podobno ma mieć jakieś mikrogranulki. W tej ilości nałożonej na dłoni ich nie zauważyłam, ale może na twarzy poczuję. Za komplet zapłaciłam 12,90 zł.


Jestem maniakiem promocji i gazetek. W lutym także wykorzystałam różne promocje. Zakupiłam m.in. rybki z Rivala, maseczkę Perfecty i sól do kąpieli oraz dwa kremiki do stóp (póki co wolę Fuss Balsam, bo ładniej pachnie).



Od dłuższego czasu poszukiwałam szamponu Joanny z ekstraktem z drożdży piwnych i chmielu. I udało się :) Znalazłam jedną, samotną butelczynę na półce w Naturze. Z radości dokupiłam też na próbę maskę odbudowującą i szampon błotny.


Szapon Joanna Z apteczki babuni (300 ml) nie zawiera silikonów. Niestety SLSy już tak. Ale nie ma co przesadzać. Pachnie całkiem przyjemnie, ale zapach niezbyt się kojarzy z piwem ;) Producent obiecuje dokładne i skuteczne oczyszczanie włosów i skóry głowy, puszyste, lśniące i miękkie włosy. Zobaczymy!


Z kolei szampon błotny zaintrygował mnie swoją nazwą. Nigdy nie próbowałam takiego specyfiku, a mam wielką ochotę. Dla bezpieczeństwa przetestuję w jakiś wolny dzień. Niestety zawiera silikony (Dimethicone)  i SLSy. Ale jestem bardzo ciekawa samej formuły i działania, także spróbuję. Maska z kolei silikonów nie zawiera. Skierowana do włosów rozjaśnianych, po trwałej lub farbowanych (czyli moich - jestem naturalną blondynką). Ma ona wzmocnić spoistość komórek włosowych, zwiększyć odporność na promieniowanie UV oraz poprawić wygląd włosów i uczynić je gładszymi. Cudów się nie spodziewam, ale dla przyjemności zadbania o włosy, kupiłam. 

W Naturze wypatrzyłam też kilka drobnostek z kolorówki. A miałam kupić kropelki Essence przyspieszające schnięcie lakieru. Zawsze mnie coś skusi.


Od jakiegoś czasu poszukiwałam jakiegoś pudru rozświetlającego. Wybrałam Essence (01 prettylicious) , bo był niedrogi i miał śliczne gwiazdki wytłoczone (ja z tych, co kupują torebkę, bo na podszewce są motylki). Przyznam, że efekt jest delikatny, ale rozświetlenie jest. Taki w sam raz na codzienny makijaż.


 Oprócz tego znalazłam cienie Sensique z wycofanej kolekcji Paradise Island. Były w cenie 1,99 zł za sztukę (data ważności nie minęła), więc wybrałam kolory, których jeszcze nie mam. Kupiłam nr 226, 233, 231 i 234. Mam nadzieję, że choć trochę to widać, ale mają wytłoczone muszelki. Urzekło mnie to.


Kolory są całkiem fajne. Choć pigmentacja nie powala. Gdyby nie były takie tanie, to na pewno bym ich nie kupiła. Najbardziej podoba mi się kolor 234 i już wykorzystałam go w makijażu. Kolor 233 wogóle nie istnieje. Co zresztą widać na zdjęciu poniżej. Zielony jest też całkiem fajnym kolorkiem na codzień. 


Na koniec zakup, którego dokonałam już jakiś czas temu, ale dziś go odnalazłam. Z dedykacją dla ninentaj. Jutro je dostaniesz :) Nie mogłam się oprzeć, gdy je zobaczyłam - od razu pomyślałam o Tobie. Bo nawet takie stare baby jak my mają w sobie małe dzieci. 


Trochę się rozpisałam dziś. Używałyście któregoś z tych produktów? Polecacie czy odradzacie? A może znacie lepsze?


środa, 1 lutego 2012

Buble

Przyszedł czas na opisanie bubli, które niestety trafiły w moje łapki. Z przykrością to piszę, bo jak je kupowałam to na prawdę bardzo się cieszyłam.


 A oto produkty nominowane:
1. Avon Skin So Soft Satin Sheer dwufazowy nawilżający olejek w sprayu 125 ml - moim zdaniem nie spełnia on swojej roli. Dodatkowo jego aplikacja bardzo mnie irytuje. Myślałam, że psikacz tylko ułatwi sprawę, ale efekt jest taki, że olejek jest wszędzie (na skórze też). Nie jestem w stanie go aplikować przy zamkniętych drzwiach od łazienki, bo mam wrażenie, że się zaraz uduszę. Ma bardzo intensywny zapach, który mnie niestety drażni. Właściwości nawilżających nie zauważyłam. Fajny gadżet, ale na mnie nie zadziałał.

2. Eveline Emulsja do demakijażu bioHYALURON 4D - pisałam o niej tu. I zdania nie zmieniłam. Szczypie w oczy i w skórę wokół oczu. Podkład może i zmywa, ale z tuszem sobie wogóle nie radzi (zrobiłam kreskę eyelinerem na dłoni - nawet jej nie ruszył, zmyłam ją zwykłym tonikiem :/). Po zmyciu nim twarzy muszę ją przemyć innym preparatem lub choćby spłukać wodą pozostałości tego, bo inaczej piecze mnie skóra. Nie lubimy się.

3. Cztery pory roku Balsam rozświetlający - skusił mnie efekt rozświetlenia. I w sumie ten efekt uzyskałam. Ale używam tylko na inny balsam. Kiedy nakładam go bezpośrednio na skórę to niestety czuję, że mnie szczypie (sic!). Jednakże moja skóra jest na prawdę bardzo trudna i sądzę, że to efekt jej wyjątkowego wysuszenia, a nie samego produktu. A drobinki rozświetlacza niestety nie utrzymują się zbyt długo. Konsystencja też raczej rzadka. 

4. Vichy NutriExtra koncentrat odżywczo-regenerujący - to chyba moje największe rozczarowanie. Konsysntencja jak dla mnie fatalna. Z pozoru idealna - ani rzadka ani gęsta - ale przy pierwszym kontakcie w skórę znika. Można pomyśleć, świetnie się wchłania. I tak jest. Ale za szybko. Przez co jest bardzo niewydajny. Tę tubkę mam od świąt, a używałam jej dotąd może z 7 razy (prawie się kończy). Ponadto moja skóra wcale nie czuje się jakoś rewelacyjnie zregenerowana. Nie jest zły, ale szału nie ma. Od koncentratu spodziewałam się więcej (ale przypominam, iż moja skóra jest problematyczna).

5. Yves Rocher krem do stóp lawendowy - krem jak krem. Nie robił z moimi stopami nic. Do tego zapach jak na lawendę niezbyt mi przypadł do gusty (a akurat YR lubię pod względem zapachów). Do tego niewydajny. Tubka jest nieporęczna, bo gdy została mi połowa kremu, musiałam ją przeciąć, bo nie mogłam wydostać kremu inaczej :/

6. Cienie do powiek Verona Butterfly - im poświecę ciut więcej miejsca, gdyż w zasadzie nie wiem czy to na pewno bubel. Kupiłam je ostatnio w ramach pocieszania się po ostatnich niepowodzeniach. Kusiły mnie już dłuższy czas swoim ślicznym opakowaniem i jakby satynową fakturą. Po prostu cieszą oko w pudełku.


Niestety dużo gorzej się sprawują na skórze. Jeśli nabierzemy je na palec to jest jeszcze nieźle. Ale po nałożeniu na powiekę nikną. Nie mówię już o rozcieraniu. Mają za to ładny rozbłysk (ale nie ma tam drobinek świecacych). Także jasny cień nadaje się na pewno jako rozświetlacz pod łuk brwiowy. O trwałości niestety jeszcze nic powiedzieć nie mogę, bo trochę się zniechęciłam i nie zrobiłam nimi makijażu. Ale planuję dać im jeszcze szansę, dlatego nie zaliczyłam ich jeszcze w 100% do bubli. Poza tym za 10 zł chyba nie można oczekiwać cudów...



7. Ziaja Med Kremowa baza myjąca fizjoderm - jak już pisałam mam bardzo problematyczną skórę, ale akurat ten produkt do takowych jest przeznaczony. Jak dla mnie pomyłka. Nie robił nic. Pachnie dosyć neutralnie. Ale bezzapachowy jak dla mnie nie jest. Konsystencja znośna (nie jest zbyt rzadka). Nie pieni się (co w sumie uważam za plus, bo w końcu to produkt dla skóry z problemami). Miał natłuszczać skórę i przywracać jej równowagę. U mnie nie zadziałał. [Przypomniałam sobie o tym później i dlatego ten produkt jest dodany osobno]

Próbowałyście? Co myślicie o tych produktach?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...